Nadrabianie zaległości czyli odkrywanie świata

Z pisaniem ostatnio krucho, ale z dwóch powodów muszę nieco nadrobić. Umówmy się, że powód jest jeden – nadpowód, a dwa są podpowody, czyli powody zwyczajne 😉 Albo inaczej – są to konkretne implementacje nadpowodu 😉

Nadpowodem jest fakt, że bardzo często (każdego dnia?) z naszymi dziećmi mam okazję przeżywać różne rzeczy przede wszystkim na nowo, ale również całkowicie nowe. To wspaniała sprawa móc towarzyszyć im we wzrastaniu i dzielić podobne emocje. Oczywiście – moje przefiltrowane, a ich bardziej żywiołowe, ale jest to o niebo lepsze niż nie mieć nawet takiej wspólnoty. Na pewno jest mi łatwiej zrozumieć między innymi ich radości, smutki, rozczarowania, lęki…

Pierwszym podpowodem, o którym warto wspomnieć był turniej szachowy minionej soboty. Sara z Dawidem startowali po raz drugi, natomiast ich ojciec okazał się być tu o krok za nimi, bo pierwszy raz w życiu. Po przykładzie turnieju sprzed dwóch miesięcy w Otwocku, robiłem sobie spore nadzieje 🙂 Wtedy osoby bez kategorii szachowej, niezależnie od wieku, grały w razem i była całkiem realna szansa na zdobycie V kategorii. Nasze starszaki otarły się o zdobycie kategorii, a ja żałowałem, że nie dołączyłem do nich.

Tym razem postanowiłem nadrobić i jakież było moje zdumienie, gdy po pierwsze – nie można było tym razem zdobyć kategorii szachowej. Po wtóre (i gorsze) dorośli (rodzice) mieli własną grupę i, co tu dużo gadać, trafiłem na kozaków, którzy roznosili mnie w pył. Na sześć rund tylko jedną udało mi się przeputać przez upływ czasu, a wszystkie pozostałe zakończyły się regularnym szach-mat. No cóż. Mimo, że nastawiałem się baaaaaaaaardzo na to, że jestem tam, by dodać dzieciakom otuchy, to jednak moja męska duma nieco ucierpiała. Trzeba ją było jednak szczelnie upchać w buty, by móc z entuzjazmem dopingować naszych przyszłych chessmajstrów. Przyznam, że spisali się nieźle. Dawid – trzy zwycięstwa, Sara – dwa remisy i punkt za pauzowanie. Wracaliśmy w dobrych humorach, choć nasze słońca chyba były rozczarowane, że ojciec zgarnął taki łomot 🙂

Grudniowa galeria pozwala zobaczyć naszych szachistów w akcji 🙂

Druga sprawa, to wyprawa / przygoda z ojcem, która Dawidowi należała się od kilku miesięcy (proszę, miejcie litość i nie liczcie ;-)). Zastanawiałem się od pewnego czasu, co o tej porze roku może być dla niego atrakcyjne. Planowane wcześniej kajaki? Słabe. Długa wycieczka rowerowa na wzór tej z Sarą? Też lipa. Wypad w góry? Równie daleko do pięknej, polskiej, złotej jesieni jak i ośnieżonych stoków. Stanęło więc na wspólnym przeżywaniu sportowych emocji i wyprawie na mecz Legii 🙂 Nie pytajcie czemu Legii, a nie reprezentacji czy coś… tutaj po prostu zrobiłem comingout i wyszło jak do szpiku kości jestem mejnstrimowy 😉 To po prostu najpopularniejszy zespół wśród naszych znajomych. Poza tym pamiętam jeszcze z czasów podstawówki i liceum przyśpiewki kibicowskie moich kolegów z podwórka – zarówno te dopingujące jak i te…. no powiedzmy przeciwne w formie i treści wobec innej drużyny. Nawet coś na PZPN znałem. Pomyślałem więc, że najmniej ryzykowne będzie wybrać się na Legię, by w przypływie emocji nie wyśpiewać sobie jakiegoś pięknego samobója 😉 Przykład takiej wpadki na pewno pokaże Wam Jutjub, ale ostrzegam, że to materiał dla widzów 18+ https://www.youtube.com/results?search_query=czesio+iskra+opole

Zatem jak pomyślałem, tak zrobiłem – wyrobiłem dla Dawida i siebie karty kibica, które odebraliśmy w przeddzień meczu i w niedzielę ruszyliśmy na stadion. W sklepie “Żyleta 1973” nabyliśmy szaliki i udaliśmy się na trybuny w sektorze rodzinnym. Gdzie wyglądaliśmy mniej więcej tak

20151213_173619

Przyznam, że doping tam był marny i z zazdrością patrzyliśmy z Dawidem na to, co dzieje się na żylecie 🙂 Chyba kiedyś będzie trzeba kupić bilety w tamtym sektorze. Mecz był taki sobie, a ziąb przy tym potworny, jednak grzały nas emocje dopingowania na prawdziwym stadionie, prawdziwej Legii. Pewnie zastanawiacie się, co to wydarzenie ma wspólnego z przeróżnymi inicjacjami, jakie mają miejsce w życiu naszych dzieci… Bingo! Tak jest! Byłem pierwszy raz na stadionie na meczu piłki kopanej (te szkolne się nie liczą) 🙂 Gdzie ja się uchowałem?! No właśnie nie wiem. Chyba w momencie, gdy moi rówieśnicy zaczynali odwiedzać stadiony, to ja wolałem z gitarą włóczyć się i grać na warszawskiej starówce 🙂 Z meczu wróciliśmy zziębnięci, ale zjednoczeni – jak to kibole – do domu na pyszną kolację i smaczny deser, gdzie witały nas kobiety i dzieci 😉 To był naprawdę udany wieczór.

Dodaj komentarz