Pieczone kasztany pod cmentarzem

O pewnych aspektach Uroczystości Wszystkich Świętych napomknąłem w poprzednim wpisie. Generalnie jestem przy tym zwolennikiem nawiedzania grobów bliskich zmarłych w Zaduszki (czyli 2 listopada), ale w tym roku ze względów praktycznych wybraliśmy się w niedzielę – 1 listopada.

Nie bardzo mam wenę czym i jak podzielić się z celebrowania tego dnia i spotkania z przodkami. Miał jednak ten dzień jeden aspekt w sam raz do blogowego ekshibicjonizmu 🙂

Otóż przy wyjściu z Cmentarza Bródnowskiego natknęliśmy się na Bike Cafe, sporą rikszę wyposażoną w solidny ekspres do kawy, a obok gastronomię z pieczonymi kasztanami. Nie mogłem przepuścić takiej okazji, ale jednocześnie bojąc się fiaska eksperymentu, zakupiłem małą porcję kasztanów. Sara i Szymon szybko wypisali się z zabawy, ale Madzia, Dawid i ja z przyjemnością delektowaliśmy się kasztanami. Szybko doszliśmy do tego, że smaczny i jadalny jest sam środek środków i należy odrzucić nie tylko główną, ciemną łupinę, ale także taką spieczoną (wysuszoną) błonkę  pod skorupą.

Przyznam, że spodziewałem się większej rewolucji, ale było nieźle. Smak orzechowy ze słodką nutą (w stylu nerkowca) przy konsystencji… no właśnie nie wiem czego 🙂 Kasztan był nieco bardziej elastyczny niż wszelkie znane mi dotychczas orzechy. Tak czy siak, na pewno poszukam sposobu na przygotowanie tego smakołyku in da haus.

Dodaj komentarz