Dzień z Księżniczką, zdobycie zamku i maraton rowerowy

Jesień zagościła w Otwocku na dobre i postanowiliśmy odrobić dziś zaległą wyprawę 9-latka naszej najstarszej pociechy. Dotychczas pokutował w naszej rodzinie przesąd, że styczeń (czas urodzin Sary) jest słaby na wyprawy plenerowe, ale – jak widać – odkładanie ich na później nie służy za bardzo. Zeszło nam całe dziesięć miesięcy by móc się wybrać razem i bardzo żałuję, że dopiero teraz. Było wspaniale.

No, ale po kolei. Plan był niemal doskonały, choć brakowało w nim kilku danych wejściowych. Zaplanowałem start na godzinę 10, by na spokojnie dotrzeć do Czerska z użyciem promu Karczew-Gassy, tam pobawić trochę i wrócić po własnych śladach. Pierwsza rzecz, jakiej nie uwzględniałem, to spotkanie w parafii, które wczoraj ustaliliśmy na 10:45 🙂 No dobra, pomyślałem, nie ma sprawy – przecież pojedziemy do parafii z przygotowanymi rowerami i ruszymy w trasę – będzie dobrze. Cóż.. mimo zmiany czasu nie udało się jednak wyrychtować i dopiero po dopięciu spraw parafialnych wróciliśmy, po spełnieniu obywatelskiego obowiązku w wyborach oddaniem głosu na KORWiNa, dokończyć pakowania sakw. Wyruszyliśmy o 12:00, nie podejrzewając, że mój doskonały plan na swej doskonałości nieco podupadł, nie tylko ze względu na chmury, które zaciągnęły niebo.

20151025_096398

Przygotowani na niemal każdą okazję ruszyliśmy. Zaczęło się wyprawą promową, a potem, najlepszą z możliwych tras, choć wymagającą, ruszyliśmy do Czerska. Mimo długiej i monotonnej podróży, pocieszaliśmy się okolicznościami przyrody i własnym towarzystwem. Sara, mimo, że niezwykła do takich wypraw, spisała się dzielnie i bez słowa skargi dotarliśmy na zamek.

20151025_096417

Pierwszą czynnością, po dotarciu było przygotowanie obiadu. Księżniczka nie zamierzała zwiedzać swoich włości, nim nie napełni brzucha. A że podniebienie ma delikatne i wymagające, to bardzo bałem się, czy specjały zabrane do przyrządzenia po partyzancku, pozwolą mi stanąć na wysokości zadania. Okazało się, że obiad nawet się udał, a dodatkowo głód był tu sojusznikiem kucharza. Po około pół godzinie od rozbicia kuchni polowej, w skład której wszedł jednorazowy grill zakupiony w Berlinie (jeszcze mamy takie dwa :)), podano do stołu.

20151025_096423

 

20151025_096426

 

Aha, byłbym zapomniał. Zamek był dokładnie pusty, gdy tam przybyliśmy i takim pozostał przez prawie cały nasz pobyt. Niemniej, gdy pożywialiśmy się przy grillu, byliśmy niemałą atrakcją turystyczną. Przybyli skośnoocy okazali się jednak na tyle taktowni, że nie robili nam zdjęć – znać, że nie Japończycy 😉 Tak więc posiliwszy się i ogrzawszy przy grillu, zwinęliśmy nasz majdan na rowery i z niezbędnikiem w postaci aparatów fotograficznych rozpoczęliśmy zdobywanie gotyckich baszt. Choć nie są na wypasie, a wystrój wnętrza słabo przywodzi na myśl dawne czasy, to byliśmy zadowoleni i Księżniczka doceniła przynajmniej architekturę (koncentrując się na schodach) wizytowanych posiadłości.

20151025_096434

20151025_096436

Już wówczas było jasne, że na prom powrotny nie zdążymy. Ściśle rzecz biorąc, jasne to już było wcześniej, ale nastąpił czas, by o tym poważnie porozmawiać z moją córką. Przyjęła to z entuzjazmem, ponieważ wizja powrotu wałem, po wąskiej ścieżce, nie była dla niej zbyt atrakcyjna. W zasadzie nie przedstawiałem Sarze żadnej alternatywy, tylko zarządziłem, że wracamy 50-tką do skrzyżowania z 801, a potem prosto do Otwocka. Alternatywy były, ale mizerne. Odrzuciłem pomysł wracania przez Piaseczno i Warszawę trasą Siekierkowską, a także wezwanie wozu technicznego (z żoną za kółkiem) by nas zwiózł do domu. Pomijam, że wóz techniczny nie miałby gdzie zabrać rowerów. Przez myśl przeszło mi, by Magda przyjechała tylko po Sarę i jej rower, a ja wrócę 50tką.

Skąd w ogóle te rozważania? A no wiedzieć trzeba, że od ronda w Górze Kalwarii aż do prawego brzegu Wisły droga nie jest wyposażona w pobocze, a w pobliżu nie ma ani ścieżki rowerowej, ani chodnika. Zresztą dalej też nie jest kolorowo, ale jest chociaż pobocze, po którym dwójka rowerzystów może jechać +/- obok siebie (zewnętrzny prawie po linii oddzielającej pas ruchu od pobocza). No więc uznałem, że dosyć ryzykowna jest to trasa, ale postanowiłem, że nie poddamy się. Nie bez powodu wyposażyłem się wczoraj w mega-widoczną, jaskrawą i uwłaczającą mej godności kurtkę przeciwdeszczową, a kilka dni temu w nową lampę na zadek, która diodami musi naprawdę wpieniać kierowców. Z takim osprzętem i nadzieją na rozsądek kierowców (albo litość, albo strach przed ciupą) uznałem za stosowne asekurować Sarę jadąc za nią, po jej lewej stronie. Taktyka była niezła, bo do samego wjazdu na most prawie nikt (oprócz 2-3 samochodów) nie próbował nas wyprzedzić. Słyszałem co prawda za plecami sapanie jakiegoś TIR’a, ale kierowca bez nerwowych gestów toczył się za nami, ciągnąć zapewne niezły sznurek aut za sobą. Szczęście, że ten odcinek nie był zbyt długi. Na był wydzielony chodnik dla pieszych, z którego skorzystaliśmy, a potem ruszyliśmy poboczem do skrzyżowania z 801.

Czas nam mijał miło na rozmowach i między innymi dzieleniu się wrażeniami, że bycie opryskanym przez TIRa nie jest niczym fajnym. Wjazd na 801 powitaliśmy z tryumfalnymi minami, bo miała to być ostatnia prosta do domu. Do tego prosta 🙂 O jakże mocno się myliłem. Po kilkudziesięciu metrach Sara złapała gumę i to taką ze strzałem i potężnym świstem. Stoczyliśmy się więc do pobliskiego hotelu na naprawę.

Wszystkie niezbędne narzędzia na szczęście miałem ze sobą, ale kilku rzeczy nie przewidziałem. Otóż nie przewidziałem tego, że do zdjęcia tylnego koła nie trzeba rozkuwać łańcucha. Tak, to pewnie oczywiste, ale mnie w stresie coś poniosło i to była pierwsza rzecz, którą zrobiłem po poluzowaniu koła. Z wyjęciem dętki i wulkanizacją na kolanie nie było większego problemu, bo ćwiczyłem to w ostatnich dniach na swoim rowerze. Fakt, że im większa średnica koła, tym to wszystko idzie łatwiej, ale udało się. Schody zaczęły się, gdy musiałem na powrót zakuć łańcuch, mając do dyspozycji tylko ten, zdemontowany przed chwilą, pin. Jak się zapewne domyślacie, nie miał on prowadnicy i generalnie na początku mi nie szło. Sara się niecierpliwiła i także dokuczającym chłodem i zmęczeniem, a ja zacząłem coraz bardziej szukać fortelu na ten łańcuch. Ostatecznie się udało, ale na przyszłość zamierzam dorzucić do rowerowego niezbędnika spinki w rozmiarze do różnych kaset lub piny z pilotami.

Byliśmy przy tym nie lada atrakcją dla gości, którzy we wspomnianym hotelu/restauracji bawili na jakiejś imprezie. Tu jestem wdzięczny jednemu z rozweselonych już jegomości, który widząc (z pozycji aktywnego palacza, wychodzącego od czasu do czasu na dymka) całą sytuację, podsumował ją przed naszym odjazdem, że niczym są takie trudności po ciężkiej wyprawie, jeśli tata potrafi wybawić z opresji i wszystko naprawić. Nie muszę pisać jak bardzo to mnie podbudowało i potwierdziło moje przekonanie, że taki sens to doświadczenie mieć powinno i dla mnie i dla Sary.

Niestety nie miałem głowy, by całe zajście z polowym warsztatem uwiecznić na fotografii. Sara zresztą miała podobnie, a w sumie szkoda.

Po naprawie ruszyliśmy 801 w kierunku Otwocka, a gdy było to tylko możliwe, zjechaliśmy na spokojniejsze ulice Karczewa, by dotrzeć do domu. Na ostatnim odcinku podjęliśmy decyzję o zrobieniu dodatkowego okrążenia po kwartale ulic przy naszym domu, by dosięgnąć długością trasy do magicznego dystansu 42,1 km 🙂 Udało się.

Do domu dotarliśmy zmęczeni, nieco zawilgoceni (a! pisałem, że cała podróż od zamku była w drobnym deszczu?) i nieco głodni. Powitani przez rodzinę pyszną kolacją i owacjami, szybko zapomnieliśmy o minionych trudach.

Wieczór zakończyliśmy jeszcze dwoma fajnymi wydarzeniami. Po pierwsze, oczywiście, Sara otrzymała nowy przywilej i obowiązek – stawiam zagadkę do rozwiązania, który jest który:

  • Sara raz w miesiącu całkowicie samodzielnie będzie przygotowywała i piekła ciasto, przy asyście rodziców, gdy uzna to za stosowne i potrzebne
  • raz w tygodniu nasza Księżniczka przygotuje kolację dla rodziny według menu przygotowanego przez rodziców

Dosyć powiedzieć, że obie te rzeczy ucieszyły Sarę ogromnie 🙂 Co i nas cieszy.

Drugim fajnym wydarzeniem było podsumowanie budżetu Balu Wszystkich Świętych, który organizujemy w naszej parafii i któremu poświęcę odrębny wpis. Umówiliśmy się z dziećmi, że każdy, anonimowo, wrzuci do puchy ile chce na zorganizowanie tego balu – gadżety, poczęstunek, nagrody i pamiątki dla uczestników. No i przyznam, że każde z naszych dzieci posiadających własną kasę wrzuciło coś. Przyznam, że byłem zaskoczony, że wkład starszyzny wypadł dosyć słabo, bo poniżej połowy 🙂 Natomiast mam świadomość, że jest to budżet początkowy i impreza ma u starszyzny plemienia “linię kredytową” 🙂 Na pewno jednak ze spokojem i nadzieją patrzymy na organizację tego wydarzenia, gdy serca gorące i także te przyziemne rzeczy mają dobry start.

Jak zwykle, do obszerniejszej fotorelacji z naszej dzisiejszej wyprawy zapraszam do październikowej galerii. No i zachęcam do spędzania czasu z dziećmi – najlepiej sam na sam, gdy to możliwe. To naprawdę fajna sprawa o ogromnej wartości dla starszego i młodszego 🙂

Dodaj komentarz