Rzym – dziennik podróży – dzień pierwszy

Mocno jesteśmy w ostatnich dniach “rozjechani”. Tak się złożyło, że licząc od ostatniego czwartku, odbyliśmy dziś z Sarą trzecią podróż dalekobieżną. Ta dzisiejsza – najdalsza, zaprowadziła nas do Rzymu.

Wyjaśnię, jak to się stało. Podróż do Rzymu jest komunijnym prezentem dla Sary od całej naszej (licząc dziadków, ciocie etc.), a ja na doczepkę pojechałem jako ochrona i kaowiec. Innymi słowy – załapałem się na krzywy ryj 🙂

Chcę się w tym dzienniku skupić na rzeczach przyjemnych, ważnych, fajnych – dlatego nie doszukacie się tu narzekania na to i owo, bo dla chcącego nic trudnego – można po opuszczeniu zachmurzonej i chłodnej Polski narzekać na upały już od wyjścia z samolotu. No, tylko po co? Kto będzie chciał dowiedzieć się trochę praktycznych informacji o Rzymie, niech zaprosi nas na kawę (koniecznie dobrą, poprzeczkę teraz stawiamy wysoko), to opowiemy czego unikać, a na czym się skupić.

Sama podróż była ogromnym przeżyciem przede wszystkim dla Sary (jej pierwszy lot), ale dla mnie również (lot drugi). Mimo przeciążeń, bolących uszu – była po prostu zachwycona. Bardzo jej się podobały efekty specjalne, widoki i informacje, że lecimy 11km nad ziemią z prędkością 800km/h. Na mnie też to robi wrażenie 🙂 Wszystko poszło elegancko i na lotnisku PL i na lotnisku IT. Potem busem dotarliśmy do centrum Rzymu pod dworzec Termini i dosyć powiedzieć, że po wyjściu z klimatyzowanego autokaru odczuliśmy ulgę i chłód. Sara zniosła to mężnie, choć kosztowało ją to naprawdę wiele. Następnie z buta dotarliśmy do naszego hotelu, a podczas tej podróży zgubiliśmy kilka elementów naszej walizki – w tym kółka wszystkie poza jednym i wyciąganą rączkę. Chińskie materiały / wykonanie z temperaturami włoskimi jakoś nie współgrają 🙂

W międzyczasie było kilka okazji posłużyć się językiem obcym. No i tu moja pierwsza radość, bo nigdy tak lekko nie mówiło mi się po angielsku – może dlatego, że alternatywą był włoski, z którego zdołaliśmy się nauczyć przed wyjazdem zaledwie kilku słów.

Dotarliśmy do hotelu pełni radości przede wszystkim z tego,że dotrzeć się udało. Przywitał nas młody, miły Włoch, oprowadził po posesji. Po szybkim przepakowaniu byliśmy w nowych t-shirtach gotowi do spaceru.

Przede wszystkim miał to być spacer techniczny, by zaopatrzyć się w bilety do Coloseum na dzień kolejny, ale skończył się naprawdę długą, pięciogodzinną wyprawą podczas której Sara naprawdę bywałą silnikiem napędzającym. Mnie to bardzo cieszy, szczególnie, że mimo trudnych warunków fizycznych, nie poddawała i z zapałem nalegała, byśmy zwiedzili jeszcze to i owo.

Z naszych dzisiejszych wrażeń warto wspomnieć o:

Tutaj przerwa na opisanie naszych pierwszych doświadczeń kulinarnych. Wybraliśmy się do ristorante, z czym wiążą się zawsze nie najniższe ceny, ale i pyszne jedzenie. Sara posiliła się lasagne i była zachwycona, a ja sałatką, w której były takie cuda, że z chęcią wróciłbym po jeszcze. Jedzenie znakomite, a i obsługa specyficzna i fajna. Kilku Włochów, uprzejmych w gestach, hałaśliwych w mowie, a przy tym bardzo zabawnych. Relacja byłaby niepełna, gdybym nie wspomniał o soku pomarańczowym (Sara ma fisia na punkcie pomarańczy), który zamówiliśmy. Okazało się, że to sok wyciskany i kiedy po lokalu rozszedł się zapach świeżych pomarańczy przy wyciskaniu soku dla nas – byliśmy już kupieni 🙂

Po posiłku ruszyliśmy

Sara postanowiła, że nie skracamy tej wycieczki do powrotu do hotelu, tylko uderzamy na miasto. Dzięki temu mieliśmy okazję poznać nocne oblicze Campo di Fiori, gdzie Sara zachwyciła się ulicznym malarzami – sprejowcami. Potem udaliśmy się pod Fontannę di Trevi i tu był jeden, poważny i obiektywny zgrzyt. Fontanna jest w remoncie, więc trudno nacieszyć nią wzrok. W zamian za to nawiedziliśmy kilka innych fontann i tym zrekompensowaliśmy sobie nieco trud wędrówki. Obowiązkowo nocny przegląd Schodów Hiszpańskich też miał miejsce i stamtąd powoli przez centrum, z nocnym przejściem obok Bazyliki  Matki Bożej Większej, dotarliśmy pieszo do hotelu. Po drodze zachwycaliśmy się wieloma fontannami, uroczymi choć ciasnymi uliczkami, organizacją ruchu na rzymskich ulicach 😉 i kranikami z wodą gdzie uzupełnialiśmy własne zapasy, opędzaliśmy się od wszechobecnych sprzedawców gadżetów, które i w Polsce można kupić wszędzie i zawsze (nawet w Zaduszki pod cmentarzem).

Dzień ten przyniósł dużo dobrych emocji począwszy od samego faktu znalezienia się w Rzymie – w tym miejscu, w tym klimacie, poprzez oglądanie wyjątkowych zabytków, ale także świeżych wykopalisk, a skończywszy na wspaniałym dniu spędzonym sam na sam z córką, gdzie mogliśmy dzielić się swoimi przeżyciami i potrzebami, wspólnie planować kolejne cele wędrówki. To ważne, bo na co dzień brakuje nam na to czasu, a generalnie mnie uwagi w kontaktach z dziećmi. Tutaj było tego w sam raz.

Dodaj komentarz