I znowu sukces!

W minioną sobotę Dawid uczestniczył w kolejnych zawodach z cyklu Funny Judo – Warszawska Olimpiada Maluchów. Tym razem start był o tyle trudniejszy, że mniej było współplemieńców pośród startujących. Być może przyczynił się do tego przedświąteczny czas, a może konieczność dojechania trochę dalej na zawody. Grunt, że ze szkoły Dawida był tylko jeden – niezbyt bliski – kolega. Fanklub też tym razem w uszczuplonym składzie pojechał dopingować naszego wojownika – konkretnie Sara i ja.

Po tym wstępie o trudnościach przejdę do znacznie przyjemniejszej części, czyli relacji z samych zawodów. Organizatorzy zrezygnowali tym razem z pucharowego systemu prowadzącego do wyłonienia czempiona. W grupie miał okazję zmierzyć się każdy z każdym. Dosyć długo czekaliśmy na grupę wagową Dawida, ponieważ pierwszeństwo miały dziewczynki (których było całkiem sporo), a dopiero potem chłopcy, począwszy od najlżejszych. Dawid, do tych niskich i lekkich nie należy dlatego czekanie strasznie nam się dłużyło. Część tego długiego postoju poświęciliśmy na rozgrzewkę i trening, podczas którego Dawid ćwiczył rozmaite odmiany podcięć na mnie. Bawiliśmy się świetnie, a ta rozgrzewka na macie dała Dawidowi dodatkowy zapał do walki. Cieszę się, że tej naszej zabawy nikt nie przerwał – w sumie byłem jedynym tak wielkogabarytowym obiektem na macie 🙂

Podczas samych zawodów organizatorzy nie byli już tacy pobłażliwi i wyprosili mnie z aparatem na trybuny. Na nic cały mój urok i czar – wynocha to wynocha. Z daleka kibicowałem Dawidowi pokrzykując w trenerskim stylu podpowiedzi.

Przeciwnicy byli niczego sobie zarówno wzrostem, ruchliwością jak i umiejętnościami technicznymi. Dwóch z nich obawiałem się naprawdę mocno, gdy widziałem ich walki z innymi zawodnikami. Okazało się jednak, że Dawid stoczył z nimi całkiem wyrównane pojedynki, przejmując często inicjatywę i próbując różnych technik (włącznie z Ippon Seoi Nage) w całkiem trudnych warunkach. Pokazał także swoją siłę wymykając się z trzymania jednemu z zawodników. W efekcie tych dwóch chłopaków, których obawiałem się, odniosło nad Dawidem minimalne zwycięstwo i nasze waleczne serce zajęło III miejsce.

Dawid cieszył się z osiągniętego rezultatu, choć zaczęły w nim pojawiać się myśli, że dotychczas był trzeci i zawsze już będzie trzeci. Oczywiście delikatnie zacząłem pracować nad nim, by to przekonanie wykorzenić, ale pewnie jeszcze to nie koniec tematu.

Mimo tego wysiłku powrót do domu był bardzo długi i wiódł przez serię sklepów, by dla naszego medalisty (i jego siostry) zdobyć obuwie codzienne właściwe dla rozpoczętej pory roku. Tutaj też odnieśliśmy zwycięstwo, ale zajęło to o wiele więcej czasu i emocji 🙂 Znalezienie dla “już nie dzieciaków” butów w rozmiarze 36/37 graniczy z cudem, szczególnie dla Dawida. Trafia on w jakąś lukę numeracyjną, bo dziecięce buty w większości sklepów kończą się na 36, a męskie rozpoczynają koło 40tki. Znaleźliśmy co prawda fajne 37, ale po przeskanowaniu okolicznych półek doszliśmy do wniosku, że są to buty może i unisexy, ale ze wskazaniem na damskie 🙂

Powrót do domu z myślą o zbliżającej się uczcie zwyciezców był przepełniony radością. W domu zgotowaliśmy owacje naszemu mistrzowi a smaczna kolacja i deser były pięknym, rodzinnym zwieńczeniem tego dnia.

Pamiątki fotograficzne jak zwykle w naszej galerii.

Dodaj komentarz