Własne M-ileśtam – Ziemia Obiecana

W tak zwanym międzyczasie przeszedł nam do głowy (no tak, ot po prostu ;-)) pomysł zarzucenia kotwicy w tym naszym ziemskim pielgrzymowaniu. Rozumiem przez to znalazienie, własnego już, domu dla naszej ekipy. Zmęczeni kilkoma latami tułaczki w wynajmowanych lokalach, uznaliśmy, że zbliżający się wielkimi krokami dzień powiększenia naszej rodziny, wymaga od nas zadbania o pewną stabilizację w tym zakresie. Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy i rozpoczęliśmy poszukiwania lokum naszych marzeń i na miarę naszych możliwości (czyt. zdolności kredytowej). Rozpoczynając ten temat nawet nie wyobrażaliśmy sobie jakie przygody nas czekają i jak bardzo w tym czasie doświadczymy opieki Boga (“Kiedy Izrael był dziecięciem, ja go kochałem i nie pojmował, że troszczyłem się o niego“).

Początkowo z zapałem zaczęliśmy przeszukiwać oferty, ale okazało się, że nie tak łatwo znaleźć coś odpowiedniego. Wśród propozycji znalazł się jednak jeden dom, który kilkukrotnie wcześniej otrzymywaliśmy w cyklicznych ogłoszeniach agencji z okolicy. Zwracał na siebie uwagę ciekawymi (odważnymi) elementami wystroju wnętrza, ale cena była zbyt wysoka. Tym razem była ona już obniżona – postanowiliśmy dowiedzieć się więcej. Odpytaliśmy naszą zaprzyjaźnioną agencję nieruchomości, czy ma także tę w swojej ofercie i okazało się, że owszem tak i do tego o około 10% taniej od ceny widocznej w portalach internetowych. Umówiliśmy się na spotkanie, obejrzeliśmy dom i – przynajmniej w zakresie rozkładu pomieszczeń i możliwości przyszłej aranżacji – spodobał się tam. Ze względu na zbliżający się wyjazd właścicielki poza granice kraju przystąpiliśmy szybko do konkretów i ustaliliśmy cenę według zasady win-win. Odkryliśmy karty, jakie są nasze możliwości i w jakim czasie jesteśmy w stanie sfinalizować zakup, a właścicielka z kolei określiła swój próg komfortu – weszliśmy w obszar naszych możliwości 🙂

Zaczęła się batalia o zdobycie odpowiedniej kwoty do podpisania umowy przedwstępnej. Nie trwała ona długo, bo komisja trójstronna (właściciel, my i agencja) określiliśmy, że będzie to kwota symboliczna by nie przeciągać tego etapu.

Od tego momenty zaczęły się dziać rzeczy pozytywnie dziwne, choć z perspektywy czasu widzimy, że nie było w nich nic dziwnego, a bardziej cudownego 🙂 Poczuliśmy się niesieni na ramionach, podobnie jak Abraham, którego jedynym (!) krokiem ku Ziemi Obiecanej było zawierzenie obietnicy i porzucenie swoich dotychczasowych schematów i przywiązań. Tak my, mając pewne braki w zakresie planu i budżetu, ruszyliśmy naprzód (ku nowej przygodzie :-)). Wszystko zaczęło układało się pomyślnie – rozpoczęliśmy rozmowy z dwoma bankami (które liberalnie traktują LTV) i wydawało się, że nie może być niespodzianek. Liczyliśmy, że któryś przedstawi ofertę pasującą idealnie do naszych potrzeb. Niestety okazało się nieco inaczej. Jeden, w którym upatrywaliśmy partnera kredytowe na najbliższych n lat nie dość, że przedstawił rozwiązanie drogie, to dodatkowo dla nas niewystarczające. Drugi przyszedł z propozycją lepszą, jeśli chodzi o koszty, ale okazało się, że powstała luka pomiędzy naszymi potrzebami a chęciami banku. Tyle technikaliów – zaczyna się najlepsze…

W tak zwanym międzyczasie Magda podrzuciła mi link na Frondę do modlitwy do świętej Filomeny – patronki tak licznych grup społecznych, że aż strach 🙂 Jedną z nich były osoby w kłopotach finansowych i bankowych. Pomyślałem – no, to chyba nie przypadek. Zacząłem zagłębiać się w historii Filomeny, wiele dzięki szczególnej miłości jaką miał do niej Jan Maria Vianney. Całej historii nie będę przytaczał – odeślę czytelników do gotowych źródeł. Grunt, że bardzo urzekła mnie jej postawa, odwaga, a także świadectwa odnośnie Jej wstawiennictwa. Miałem też jedną, bardzo przyziemną refleksję, na temat jej osoby. To pierwsza, znana mi święta, która na obrazach przedstawiających jej wizerunek jest po prostu po ludzku bardzo piękna, uśmiechnięta i “przytomna”. No, w tej sytuacji jakoś łatwiej było mi podjąć się modlitwy litanią do Filomeny, prosząc ją o wstawiennictwo w naszej zagmatwanej i pilnej potrzebie. W zasadzie określony mieliśmy dead-line na finalizację transakcji, a niekoniecznie określone perspektywy zdobycia wszystkich niezbędnych środków.

W tym czasie pojawił się wątek zmian w firmie, w której pracuję. Już nie jako plotki, ale konkretne decyzje i komunikaty, pojawiło się widmo zwolnień grupowych i zmian w naszych obszarze kompetencyjnym. Eufemistycznie określiłbym stan, w którym się znalazłem, jako lekko niestabilny i psychicznie niekomfortowy. Próbowałem jednak pamiętać, że Bóg kocha swoje dzieci i nie opuszcza ich w potrzebach, a czując, że to on nas prowadzi przez ostatnie miesiące (przez wiele wydarzeń związanych z Nowym Życiem w naszej rodzinie) uznałem, że i w tym nas nie opuści. Codzienna rozmowa ze świętą Filomeną bardzo mi pomagała.

Pewnego poniedziałku, w ogłoszoną godzinę miłosierdzia, postanowiłem oddać te moje stresy i potrzeby Jezusowi przez modlitwę do niego, ale także prosząc o wstawiennictwo Jego Matkę – Maryję oraz, oczywiście, Filomenę. Jak więc mogłem odebrać telefon od head-hunterki, która w około dwie godziny po Godzinie Miłosierdzia zadzwoniła do mnie z propozycją zmiany pracy. Co ciekawe, wkrótce potem pojawiła się jeszcze jedna oferta. W międzyczasie zdarzyła się rzecz ciekawa. Aktualizacje w moim telefonie podlegają każdorazowo akceptacji użytkownika. I być może, że w zmęczeniu taką akceptację zrobiłem, ale zaskoczyło mnie niemniej, że znalazłem w moim telefonie całkiem rozbudowaną aplikację Pismo Święte, wyposażoną w dodatkowe elementy modlitewnika. Szczególnie ciekawa i ważna była nowenna do Świętego Josemarii Escrivy w intencji… znalezienia nowej lub dobrego wykonywania aktualnej pracy 🙂

Wyposażony w takie wspomaganie i codzienne pocieszenie (świadomość opieki Maryi, Filomeny i Josemarii) wszedłem w dosyć burzliwy okres zmian w firmie, który notabene jeszcze się nie zakończył. Widziałem ile stresu kosztował ten czas wiele osób, z którymi współpracowałem, zarówno tych poinformowanych o zmianach (lub pożegnaniu z firmą) jak i (jeszcze) niedoinformowanych. Oczywiście, ja także miałem momenty wahania przy okazji trudnych rozmów o zmianach, ale miałem pewność, że cokolwiek się stanie, Pan już przewidział dla nas dalszą drogę tak, jak przewidział dla nas wiele rzeczy i nigdy nas nie zawiódł, choć zdarzało mi się kroczyć naprawdę ciemnymi dolinami. Z perspektywy czasu widzę, że moją tęsknotę za Bogiem i Jego “bądź wola Twoja”, niestety bardzo wspomagają wydarzenia, które po ludzku mnie przerastają. “Ha! Mam cię! Jak trwoga to do Boga” ktoś pomyśli i będzie miał rację. Taka jest połowa prawdy. To fakt, że trudności ułatwiają mi modlitwę, pozwalają się zmobilizować i szukać choćby skrawków działania Boga w codzienności. Poza tymi okresami mam wyraźną trudność i więcej samozaparcia potrzeba, by prawidłowo ustawić sobie priorytety. Do niedawna bardzo mnie to dołowało, było dobrym punktem, z którego demon mógł ustawić (jak to się mówi w bezpieczeństwie IT) wektor ataku, dołując mnie, wyrzucając słabość, oskarżając, wmawiając, że to wszystko nie jest warte zachodu. Dziś wiem, że to smuci mojego Ojca, ale wiem również i doświadczam w ostatnim czasie, jak wielką Miłość i Wyrozumiałość ma do mnie. Nie chodzi mi w tym o jakieś nadmierne pobłażanie sobie, ale o Miłosierdzie – do siebie też trzeba je mieć. Te wszystkie dary ostatnich miesięcy, których namacalnym owocem jest Marysia, nie są bynajmniej za moje zasługi. Bardzo długi okres, kilkunastu poprzedzających miesięcy przypominał raczej dzieje syna marnotrawnego, a nie tego, który został i “służył ojcu od lat i zawsze przy nim był”. Ze względu na to, że blog jest co prawda nieco ekshibicjonistyczny, ale nie jest miejscem na publiczną spowiedź, zakończę na tych ogólnikach.

Pan nas w tym czasie nie opuścił i, przynajmniej w zakresie pracy, jest stabilnie 🙂

W międzyczasie pojawiła się kwestia dodatkowego wkładu własnego, który powinniśmy zorganizować na szybko przed uruchomieniem kredytu. To była dla nas rzecz niespodziewana i postawiła nas pod ścianą. Najlepsze miało dopiero nadejść. Zaczęliśmy z Magdą przygotowywać listę osób nam bliskich, które podejrzewaliśmy zarówno o możliwości jak i chęć pomocy nam w zebraniu odpowiedniej kwoty, przynajmniej na krótki okres. I tutaj Bóg zainterweniował, wybawiając nas od trudu chodzenia za jałmużną / pożyczką. Pierwsza zadzwoniła do mnie matka chrzestna (tak – matka – nie ojciec Don Corleone :-)) z pytaniem “co słychać?” i tak dalej. Byłoby wszystko na miejscu, gdyby nie fakt, że rozmawiamy raz na kilka lat i wcale jeszcze nie był czas na tę cyklilczną rozmowę 😉 No tak poważnie, jakoś nie jesteśmy sobie bardzo bliscy. Wymieniliśmy się krótkimi informacjami co słychać i umówiliśmy się, na spotkanie “w interesach”, a konkretnie chodziło o wsparcie przy naprawie komputera cioci. I na tym skończyliśmy rozmowę – dziwną w sumie. Czułem, że coś się kroi. Kilka godzin później moja chrzestna zadzwoniła ponownie i już otwartym tekstem powiedziała, że wie od mamy o naszych potrzebach i poszukiwaniu wsparcia w uzbieraniu wkładu własnego… słabo? No! To skończyliśmy rozmowę udzieleniem promesy na 1/4 poszukiwanej kwoty. Nieźle się zaczyna – pomyślałem, ale zaraz zacząłem kombinować “Panie Boże. Fajny jesteś, ale pomyśl, że jeszcze nam trochę brakuje”.

W ciągu dwóch kolejnych dni pojawiło się dodatkowe wsparcie (prywatne) od naszych znajomych, którzy o całej sprawie wiedzieli, ale nie napiszę zbyt wiele więcej, by utrudnić identyfikację konkurencji Providenta 😉 Mieliśmy już prawie jedną trzecią sumy. Wciąż mało.
Resztę, w ciągu kolejnych kilku dni, pozamiatał Szwagier, którego troskliwa i czujna żona usłyszała rozmowę mojej teściowej o naszej sytuacji i szybko dotarła do nas z propozycją “to ile Wam brakuje?”. Wyszło, jak to młodzież mawia (nawet moja, domowa), MEGA. W czasie, który jakiejkolwiek instytucji finansowej (może poza “chwilówkami”) byłby potrzebny na rozpatrzenie wniosku o kredyt, otrzymaliśmy oferty wsparcia od trzech różnych osób mimo, że nawet nie zdążyliśmy o to poprosić. Przypadek? 🙂 Nie sądzę.

Ten wątek historii w pewnym sensie kończy się – na dziś mieszkamy już w naszym nowym domu, oswajając go stopniowo. Jesteśmy tu już ponad dwa miesiące, ale cały pierwszy miesiąć upłynął pod znakiem remontu, więc trudno mówić o oswajaniu przestrzeni życiowej. Dopiero stosunkowo niedawno kurz opadł i możemy mówić o “znaczeniu terenu” 🙂 W osobnym wpisie napiszę jeszcze trochę o tym remoncie, bo to bardzo pouczające doświadczenie.

Podsumowując – czuję się w tej historii jak nasz Ojciec Wiary. Pół roku wcześniej dostałem natchnienie “kupmy dom” i mimo, że mieliśmy wówczas prawie puste kieszenie, dziś w nim mieszkamy. Nie bez uzasadnienia byłoby też porównanie postaci – Abraham wyruszał w tę drogę jako poganin – nie znał Boga. Poznał go w drodze.

Zostańcie z Bogiem.

Dodaj komentarz