Dobrze zaczęty weekend :-)

Po intensywnym i mocno eksploatującym tygodniu robotniczym dobrze jest zrobić skuteczne odcięcie i zatonąć w zupełnie innej wodzie 🙂

Taki relaks udało mi się otrzymać od moich najbliższych, którzy – przyznam – też łatwego tygodnia nie mieli. Dla dzieci to był pierwszy tydzień szkoły, pełen zajęć – wysiłku fizycznego (Dawid – dwa treningi piłkarskie + dwa judo, oprócz WF-u) i umysłowego, ale przede wszystkim wczesnego porannego wstawania. Dla Magdy również wczesne wstawanie i ogarnianie logistyki szkolno-domowej oraz ogarnianie naszego domu po powrocie z wakacji 😉

Dlatego, czekając dzisiejszego wieczora, nie spodziewałem się, że będzie AŻ tak przyjemnie. Moi ukochani odebrali mnie ze stacji, co znacząco skróciło powrót do domu i było doskonałą odpowiedzią na moją potrzebę “nie mam sił, chcę tu i teraz iść spać” :-). Postanowiliśmy dorzucić sobie nieco węglowodanów i białek, bo czekał nas umówiony trening przed startem w OjcowieNaStart. Z Szymonem postanowiliśmy pojeździć sobie kilkanaście minut wokół komina, bo sił po dzisiejszym, pierwszym w karierze, treningu piłki nożnej nie miał już za wiele. Jednak nawet  z tak krótkiej przejażdżki z tatą był wielce rad.

Potem z Sarą i Dawidem ruszyliśmy na podbój Świdra i Józefowa. Podbijaliśmy tak skutecznie, że zatrzymaliśmy się dopiero w Miedzeszynie 🙂 Tak krótką (!) trasę zawdzięczam wyłącznie swej asertywności, bo początkowo punkt nawrotu ustaliliśmy na Michalin. Potem dałem się namówić na Falenicę, aż doszliśmy  w negocjacjach do Miedzeszyna. Po pytaniu Sary, jaka stacja kolejki jest następna (Radość), wiedziałem, że nie możemy iść tą drogą, bo mamy za sobą już 10 km, a droga powrotna to pokonanie dokładnie takiego samego dystansu. Uznałem, że to spore wyzwanie dla dziecięcych, mocno eksploatowanych mięśni i stawów, a także odwłoczków odzwyczajonych przez wakacje od siodełka 🙂 Faktycznie powrót w słabych warunkach oświetleniowych nie był już taki lekki, ale nasze zuchy spisały się na medal. Każdy więc otrzymał od taty pozytywne wzmocnienie, gdy znaleźliśmy się przy naszym domu. Pochwała ich osiągnięć była naprawdę przydatna i wiele dla nich znaczyła.

Tymczasem w domu Szymon zasnął pod naszą nieobecność (miałem dobrą intuicję by nie brać go do fotelika z nami), a mój Anioł vel. Magdalena przygotował dla sportowców pożywną kolację w postaci pasty rybno-warzywnej oraz sałatki greckiej nie zapominając o jedynym w swoim rodzaju pieczywie z otwockiej Wandy. Kto nie był, żałować tylko może 🙂 Ja byłem i nie żałuję, choć kalorii i masy w tym posiłku wrzuciłem sobie z nawiązką wobec tego, co spalałem w ostatnich dniach, aktywizując się nieco. Objadaliśmy się bez opamiętania  (kto kojarzy z Hobbita wjazd krasnoludów do chaty Bilbo Bagginsa ten wie, o czym piszę). Wszak myśl przejęta od któregoś z biskupów podczas jednej z pielgrzymek, pozostaje aktualna do dziś, a mówi ona, że

Lepiej by grzeszne ciało pękło, niż dar boży miał się zmarnować

Rodzina słodko już chrapie i tylko mnie po tym wszystkim nosi z radości, że musiałem dać temu noszeniu upust na blogu. Przy okazji pochwalić się, jakie Anioły zamieszkują ze mną pod dachem, też nie zaszkodzi.

A, co do noszenia, to jeszcze podrzucę drogi mi wiersz Adama Ziemianina. I tym samy pożegnam się ciepło.

PS. Serdecznie polecam taką formę rozpoczęcia weekendu jako doskonałą alternatywę do przedweekendowych zakupów w markecie 🙂

PPS. Bardzo zachęcam do udziału w rodzinnym wyścigu OjcowieNaStart, przeznaczonym nie tylko dla ojców (jak nazwa wskazuje), ale dla całych rodzin z mamami włącznie 🙂

Dodaj komentarz