Świętokrzyski pamiętnik – dzień 9

Przedostatni dzień w Świętokrzyskiem to jednocześnie ostatni dzień “netto” wakacji, który postanowiliśmy wykorzystać na najciekawsze atrakcje bałtowskie. Dzień ten pokazał mi także, że do wszystkiego trzeba być prawidłowo przygotowanym 🙂

Na tak zwany dobry początek wybraliśmy zwiedzanie Zwierzyńców – górnego i dolnego. Ten pierwszy to rodzaj safari po obszernych zagrodach wydzielonych dla grup zwierząt – dobranych tak, by się za szybko nie pozjadały/zabijały. Dobra sposobność by ujrzeć ciekawe okazy, zarówno żyjące w Polsce jako lokalesi, jak i te mniej popularne gatunki. Udało nam się przełamać schemat wycieczek szkolnych i usiąść tuż koło kierowcy i przewodnika, dzięki czemu perspektywę do przodu mieliśmy znakomitą i mogliśmy z wyprzedzeniem dowiadywać się, co za chwilę zwiedzimy. Przewodnik bardzo kojarzył mi się z Tony’m Halikiem – w wieku, w jakim pamiętam Halika z jego programów podróżniczych, ciekawie opowiadający o zwierzętach, ich trybie życia, zwyczajach, historii na świecie i w parku. Trzeba przyznać, że i dowcip się go trzymał 😉 Mankamentem, podyktowanym oczywiście względami bezpieczeństwa, był brak możliwości zbliżenia się do zwierząt, nawet tych “prawie domowych”. Choć zauważyłem, że nawet jagnięta wylegujące się na drogach, którymi jeździliśmy z leniwą obojętnością obserwowały nadjeżdżające amerykańskie school-busy i konieczna była interwencja przewodnika by przegonić zawalidrogi. Może to więc nie o nasze bezpieczeństwo w tym wszystkim szło, tylko mieszkańców Zwierzyńca. Naszemu Szymonowi najbardziej zapadły w głowie świnie – cóż, tak przechrzcił dziki i nie dał się przekonać, że jest inaczej. Starszakom strusie jaja czekające na wysiadującego je… tatusia! No dżęder jak się patrzy. I k****wo przy okazji, bo strusia mama, gdy tylko sobie zrobi jaja z jednego partnera, szuka potem innego. Grubo powiedziałbym, ale już wiem skąd czerpią inspiracje uczestniczki marszów szmat, femin, femenów etc. Nie będę dyskutował z ich autorytetami.

Potem nastąpił czas na Zwierzyniec Dolny, gdzie radości dostarczały nam zwierzątka znacznie mniejsze, ale bardzo pocieszne. Na szczególną wzmiankę w tym wpisie zasłużyło kilka, choć wszystkie nas mocno zaciekawiły swoim wyglądem i zachowaniem. No i tak, ja wybrałem sobie lisa polarnego jako substytut psa, jeśli zdecydujemy się na takie zwierzę w przyszłości – znacznie bardziej wdzięczne zwierzątko. Dawid oczywiście Skunksa (lubi to, co innych szokuje, coś z chłopaka będzie!), Sara – Szopa Pracza, który najciekawiej wyłudzał od dzieci jedzenie (jabłka), Szymon – z pewnością Makaki, po tym jak jeden wytrącił mu jabłko z ręki, by porwać je do klatki i wciągnąć. Magda z naszym Maleństwem koncentrowała się chyba przede wszystkim by nie paść od gorąca na tej patelni, która panowała w parku.

Pełni pozytywnych wrażeń udaliśmy się na lody, a po chwili ochłonięcia na obiecaną część bezpłatnych urządzeń w Parku Rozrywek. Dzieciakom wystarczyło to w pełni i wytęsknieniem oczekiwali obiadu po tych wszystkich doświadczeniach. Ten – “u Karoliny” znowu nie zawiódł. Nie fotografuję na co dzień swojego obiadu, by wrzucać go na Fejsa, ale ten musiałem uchwycić, bo to żywa reklama obiadów Pani Teresy z gospodarstwa. No właśnie, ciągle nie wiemy kim jest tajemnicza Karolina, u której mieszkaliśmy. Tak czy inaczej zupy dostaliśmy dwa razy za dużo, a pierogów, lekko licząc, ze trzy razy. No i jak się spodziewaliśmy, jadło przepyszne.

Niespodzianka czekała nas w tak zwanym Żydowskim Jarze, do którego wybraliśmy się po południu. Buty trekkingowe porzuciliśmy na rzecz sandałów. Jakie kto miał, takie nosił. Moje zniosły wiele, są bardzo wygodne do chodzenia po mieście lub wypraw w teren PŁASKI, ale w jarze przestały się, w sposób przedziwny, trzymać moich stóp i gdy grawitacja ciągnęła moje 90kg w dół, to one pozostały niewzruszone na miejsu. Znaczy to, że nie trzymały stopy i dla mnie ta wyprawa była hardcorem, gdy musiałem jeszcze stabilizować tor marszu Szymcia. Niemniej ścieżka w jarze warta odwiedzenia, urocze, zaciszne miejsce w sam raz na 30-stopniowe upały. Tam – oaza chłodu. Dodatkowo po wdrapaniu się na wzgórze (w sumie około TBD m przewyższenia), które obowiązkowo zaliczyć trzeba idąc tą ścieżką, otrzymujemy rekompensatę w postaci widoku na miasto i dino-park. Fajnym dodatkiem to wędrówki jest wierszowany przewodnik dla dzieci, który (prócz załączonej mapy z ikonami) informuje o mijanych atrakcjach oraz wymaga zdobycia pieczątki i rozwiązania rebusu. Dobrze przygotowane.

Planowaną na ten dzień grotę, do której wejście znajduje się w połowie drogi pomiędzy Parkiem Rozrywki, a odwróconym domem, postanowiliśmy odpuścić sobie. Chyba wystarczył nam jeden rajd pod górę tego upalnego dnia. Byłbym zapomniał – organizatorzy parku sprawę przemyśleli i w kilku miejscach umieścili zraszacze trawnikowe na wysięgnikach, które służył zwiedzającym do ochłodzenia i odświeżenia się podczas spacerów. Myślę, że inwestycja to doskonała, bo przy braku wiatu, pełnym słońcu i temperaturze w cieniu około 30 stopni, do południa dotrwaliby tylko najtwardsi. My korzystaliśmy chętnie i często z tego ożywczego dodatku.

Pomijając grotę, udaliśmy się na pole minigolfa. Godzina tam to naprawdę czas fajnej zabawy i okazuje się, że bez napinki zdołałem w tym czasie zrobić dwie rundy po wszystkich dołkach. No, rundy jak rundy, bo piętnastki nienawidzę i jest dla mnie nie do zdobycia – technicznie nieosiągalna. Z wyłączeniem więc tego dołka, wszystki inne zdobyte. Pierwsza runda to świetna rozgrzewka i zabawa z dziećmi. Do drugiej ożywiła się Magda, która przez pierwsze pół godziny chłodziła się w cieniu cieczą świeżo zdobytą z lodówki. Dzieciom golf już nieco się zbudził lub je po prostu zmęczył. Chłopaki poszli do piachu (piaskownicy – w sensie), a Sara skryta pod parasolem dopingowała nas i wyżywała się fotograficznie pod nieobecność starszyzny. Rywalizacja była zaciekła i zakończyła się zwycięstwem moim, choć nie tak wielkim jak można byłoby się spodziewać, uwzględniając szansę rozgrzania się do turnieju. Do listy marzeń związanych z zagospodarowaniem terenu wokół naszego przyszłego domu, dorzucam w tym momencie pole do minigolfa 🙂

Dzień ten, bardzo ciepły, kończyliśmy ciepłym, bezdeszczowym (!) wieczorem przy ognisku, opiekając kiełbaski, pieczywo, pierogi (tak! te z obiadu jeszcze), a niespełna 17% zgromadzonych przy ognisku raczyła się regionalnym, choć ledwie schłodzonym piwkiem.

Czy ktoś z Szanownych Czytelników ma wątpliwości, że był to udany dzień? 🙂

Dodaj komentarz