Świętokrzyski pamiętnik – dzień 6 i 7

Ostatnie dwa dni pobytu w Świętej Katarzynie nieco mniej intensywne, dlatego relację z nich sklejam w jedno. Tak – dobiega koniec aktywnego wypoczynku na tych terenach i na kolejne 2-3 dni przenosimy się do Bałtowa.

Dziś z Magdą mieliśmy taką fazę na podsumowanie i okazało się, że mimo zepsutej pogody przez dwa ostatnie dni, plan wycieczek udało się wykonać w stu procentach. Oczywiście jest w okolicy kilka szczytów, które mieliśmy chętkę zdobyć. Jest kilka szlaków, które chcieliśmy przejść nie tylko tam, ale i z powrotem, ale nie wpisaliśmy tego na listę obowiązkową. I dobrze. Praktycznie każdego dnia opuszczaliśmy nasz dom rano i wracaliśmy na kolację – nie było dnia na błogie wylegiwanie się na leżaku w ogrodzie, pogranie w piłkę na własnym trawniku i inne takie aktywności. Sił po kolacji starczało wyłącznie na gry planszowe, karty lub kości, a potem dzieci chętnie i bardzo szybko padały. Zatem skatować chyba nie mogliśmy się już bardziej i do tego wrażeń nabraliśmy do plecaka więcej, niż można wyrazić na tym blogu.

Czwartek zaplanowaliśmy sobie dosyć łagodnie – pobudka nieco później niż zwykle i wyjście też godzinę później niż w inne dni, by dojechać do Jaskini Raj. Dla planujących wybrać się w te tereny ważna informacja – rezerwacja biletów przez Internet pozwala na zakupienie ich na około 4 dni naprzód, bo rezerwacja jest w rzeczywistości zakupem, który należy opłacić zwykłym przelewem koniecznym do zaksięgowania, by bilety odebrać w kasie. Alternatywą jest jazda w ciemno i próba zakupienia biletów na miejscu. W tygodniu roboczym, przy podłej pogodzie może to być stosunkowo łatwe, ale i tak jest to pewna ruletka i być może konieczność oczekiwania kilka godzin na wejście. Tyle tytułem przybliżenia technikaliów zwiedzania.

Jaskinię Raj pamiętałem z wycieczki szkolnej w podstawówce i teraz zarówno jej wejście, jak i wnętrze, wyglądały inaczej. Opcje są dwie – coś zmieniło się przez tych dwadzieścia kilka lat (fajnie się pisze takie rzeczy, będąc w kwiecie wieku ;-)) albo to nie tę jaskinię pamiętałem. Tak czy siak zwiedzanie przyniosło nam wiele frajdy i było bardzo interesujące. Zarówno historia jaskini, którą przybliżyła nam przewodniczka, jak i rzeźba (tzw. szata) jaskini – naprawdę robi wrażenie jej delikatność i złożoność, a także różnorodność. Cóż – o jaskini można pisać dużo, dla mnie wiele rzeczy było pewnego rodzaju nowością, jak np. konstrukcja tej konkretnej jaskini, miejsca nacieków, gdzie woda dostaje się z zewnątrz, fauna zamieszkująca jej wnętrze i wreszcie rzeźby, które wykonała natura by cieszyć oko. Zaskakujący był również fakt, że jaskinię odkrył jakiś prosty chłop, który z tego miejsca czerpał surowiec na budowę 🙂

Resztę polecam obejrzeć i usłyszeć samemu. Z pewnością jest to punkt obowiązkowy dla zwiedzających te okolice.

Aura zniechęciła nas do zdobywania i zwiedzania zamku w Chęcinach, więc ruszyliśmy w drogę powrotną przez Kielce, gdzie zasmakowaliśmy nieco cywilizacji, czyli obiad w McDonald’s oraz uzupełnienie zapasów żywnościowych w Lidlu. I tu może spotkać człowieka niespodzianka, jak np. piwo z Chin i Tajlandii. To pierwsze – spoczko, to drugie – coś pomiędzy kwasem chlebowym i naszym piwkiem. Beretu nie ryją, d**y nie urywają, ale warto spróbować, gdy ktoś ma smykałkę do eksperymentów 🙂

Piątek pozostał dla nas dniem na niespełnione wycieczki i postanowiliśmy pieszo udać się z naszego domu leżącego na pograniczu Świętej Katarzyny i Wilkowa (w zasadzie to na ziemi niczyjej, bo za znakiem końca jednej miejscowości, a przed znakiem rozpoczęcia kolejnej) na obiad do Krajna Zagórza, zaglądając po drodze do Muzeum Minerałów i Skamieniałości. Spodziewałem się, że wstąpimy na chwilę, zobaczymy parę kamyków bez historii, wielkiej wartości etc. i pójdziemy dalej. O! Jakże się myliłem 🙂 Chyba pierwszy raz zwiedzałem muzeum z wypiekami na twarzy i nawet nasza Sara wytrwała do końca (reszta, niestety, odpadła).

Najpierw obejrzeliśmy, bez rozumienia materii, gabloty z przepięknymi kamieniami – różnorodne kwarce, diament (okaz unikatowy w Polsce), szmaragdy, lapisy, wiele wiele innych i Krzemień Pasiasty, o którym nie słyszałem wcześniej, a który jest bogactwem właśnie Gór Świętokrzyskich, jako jedynego miejsca na świecie! Niby nie pozorny (z zewnątrz to w ogóle badziew), a jednak po oszlifowaniu – przepiękny. Oczywiście dla wielbicieli mocnych kolorów – nic szczególnego, ale mnie ten kamień bardzo się spodobał przez bogactwo wzorów i wyjątkowe właściwości wizualne. No i nie powiem – zachwyciła mnie jego historia. Jego początki, jak wcześniej opisanej jaskini, też nie były wzniosłe. Przez wiele lat traktowany był jako odpad przy wydobyciu w kopalniach wapienia. Używany był np. jako materiał do budowy podmurówek w domach. Okazuje się, że te domy już dziś nie istnieją, a podmurowania rozebrano – zgadnijcie dlaczego? A no dlatego, że znaleziono znacznie szlachetniejsze zastosowanie dla tego kamienia i odkryto jego walory artystyczne. Powód, dla którego jeszcze mnie zachwycił – nie można go łatwo spieniężyć! Nie posiada tzw. ceny rynkowej, bo trudno mówić o rynku, gdy jest wydobywany w jednym miejscu na świecie, nie ma parametrów innych kamieni szlachetnych i bez obróbki, która jest bardzo pracochłonna – niewiele jest wart. Znacząco zyskuje na wartości, gdy dołączy się do niego wielogodzinną pracę szlifierza. No właśnie, tu też ciekawostka, że muzeum kupowało czasem od zwyczajnych ludzi te kamienie, by móc je potem obrabiać, w cenie np. 10 zł za kilogram. Sprzedający był zawsze zachwycony, bo nic innego z tym głazem nie mógł zrobić, natomiast kupujący, wiedział jak przełożyć ten potencjał w piękno. W podanym przeze mnie powyżej linku do Krzemienia Pasiastego warto zwrócić uwagę na ilustrację nr 2 w galerii na końcu artykuły – zagadką jest układ pasów tego kamienia, jakby jednego zatopionego (wbitego) w drugim, prawda?

No właśnie, tak piszę i piszę, ale skąd to wiem. Po wstępnych oględzinach całą rodziną, postanowiliśmy zrobić w przymuzealnym sklepie zakupy pamiątkowe. W międzyczasie pojawił się lokalny szlifierz, który zaproponował zwiedzanie zarówno ekspozycji wraz ze stosowną opowieścią, ale również obejrzenie na żywo szlifierni i obróbki przykładowego kamienia. To był naprawdę fajny, niespodziewany dodatek i myślę, że warto, wybierając się w to miejsce, umówić się telefonicznie na taką godzinę, by przewodnik był dostępny i mógł opowiedzieć oraz pokazać wszystko na żywo. To od niego dowiedzieliśmy się wiele o pochodzeniu kamieni (ale także eksponowanych skamieniałosci np. trylobitów, szkieletów dinozaurów i nawet ich odchodów ;-)), występowaniu w przyrodzie, sposobie obróbki no i oczywiście zobaczyliśmy na żywo jak się z takimi kamieniami pracuje. Musi to być zapewne intratne zajęcie, bo podstawowe narzędzie – szlifierka z kilkoma diamentowymi tarczami – wymaga tygodniowych nakładów CAPEXowych na poziomie 7kPLN – grubo, powiedziałbym 🙂 Wracając jednak do kamieni – wcześniej zachwycaliśmy się eksponowanym w gablocie złotem i zupełnie nie zauważyliśmy leżącego obok diamentu oryginalnie osadzonego w skale, który właśnie ze względu na swoją naturalność i rozmiar, jest wyjątkowym okazem w naszym kraju. Wiele ciekawostek dowiedzieliśmy się od naszego przewodnika i innym okiem spoglądaliśmy na zgromadzone okazy. Dla wielbicieli – niektóre okazy można na miejscu kupić nie tylko w postaci oszlifowanych skrawków czy gotowej biżuterii, ale również np. niepozorny głaz (lub zastygłą lawę)  przecięty, z którego wnętrza wyłaniają się piękne kryształy.

Oba te dni były czasem zwiedzania na nieco niższych obrotach, ale jednocześnie zaczerpnięcia nowej wiedzy. Daruję sobie dziś oczywistą ocenę tych dni i jedynie podkreślę na koniec, że zarówno Jaskinię, jak i muzeum trzeba koniecznie obejrzeć. Muzeum raczej nawet bardziej niż Jaskinię 🙂

Ciąg dalszy nadawania może nastąpić z Bałtowa “jak mie co wzruszy”. Tymczasem – dobranoc Państwu 🙂

PS.

Oczywiście wczorajszy i dzisiejszy dzień był bardzo bogaty w burze i wszelkie jej przynależne atrybuty wizualne. W górach, nawet tak niskich, wygląda to inaczej niż na nizinach. Chętnie pooglądałbym kiedyś to zjawisko ze szczytu górskiego, choć życie mi nadal miłe 🙂

Dodaj komentarz