Świętokrzyski pamiętnik – dzień 5

Na wstępie dzisiejszej relacji potrzebuję podzielić się pewną refleksją, związaną z naszymi dziećmi, ale szczególnie naszym najmłodszym – Szymonem. Skoro on dziś, mając niespełna cztery lata, czerpie radość i znajduje siły do przemierzania wielokilometrowych, górskich tras po wcale nie atrakcyjnych terenach, to jakim hardcorem będzie on w przyszłości? Jeszcze Polska nie zginęła 🙂 Tak zastanawiałem się przy tej okazji, jakich heroicznych czynów dokonywałem w tym wieku i jakoś ani pamięć utrwalona na fotografiach, ani podania ludowe słyszane przy okazji imprez rodzinnych nie przywołują podobnych dokonań. Trochę szkoda, ale przede wszystkim “trudno się mówi” i ważne, że nasze dzieciaki, a przy tym i Moja Najdroższa, tę moją pasję powoli chłoną 🙂

Nastrój do pisania dosyć dobry, gdy siedzę w cieple i suchych ciuchach, po zaspokojeniu głodu najlepszą pizzą jaką jadłem ever (dzięki Sabat Krajno). Do tego rodzina udała się już na zasłużony odpoczynek, a ja napawam się aromatem świeżo parzonej kawy i trzaskiem drewna w kominku, przy którym suszę przemoczone dziś ubrania i buty (tak tak, goretex jest dobry jeśli woda nie wlewa się od góry cholewami). No, ale po kolei.

Dziś postanowiliśmy odrobić zaległe zadanie z dnia pierwszego, czyli “przespacerować” się na Górę Wymyśloną. Początek był bardzo niewinny i pewnie dlatego dzieci chórem zażądały, byśmy nie podjeżdżali autem do dzikiego wejścia na szlak, tylko zaparkowali wóz na jego autentycznym początku przy drodze krajowej i stamtąd rozpoczęli wędrówkę asfaltem. Oczywiście nim przemierzyliśmy część utwardzoną, to Szymona już nóżki bolały i chciał wracać. Nie z nami te numery – Brunner 🙂 Chwilę później szliśmy już po łąkach, polach, zagajnikach. W międzyczasie za naszymi rozegrała się niegroźna walka wewnątrz chmur zwana popularnie burzą, a na nas spadło nieco deszczu. Widząc jednak kierunek wędrowania chmur i potencjał na dobrą pogodę, wyposażeni ponadto w przeciwdeszczowe kurtki, postanowiliśmy ruszyć dalej.

To co było bardzo interesujące, to widok zabudowań, które rozciągały się po obu stronach szlaku w odległości kilkuset metrów, oddzielone połaciami pól. Drugą interesującą rzeczą było to, jak szlak może być chałowo oznaczony 🙂 Szliśmy więc po gliniastych polach, sadach i chaszczach aż dotarliśmy do podnóża Wymyślonej i oznaczenia, które dotychczas jeszcze jako tako się pojawiały (ja już nie piszę o legalnych oznaczeniach szlaku z trzema paskami, ale jakichkolwiek sprejowych śladach), urwały się całkowicie. Zarządziliśmy więc postój na popas, a ja puściłem się bardziej prawdopodobną ścieżką z rozwidlenia, by zbadać co dalej nas czeka. Tu wstążka “Lotto” przywiązana na gałęzi, tam strzałka sprejem doposażona w wykrzyknik – znać, że szlak tędy wiedzie. Wróciłem więc na rodzinny przystanek i okazało się, że prawie cały prowiant na ten dzień został pochłonięty. Cóż, z jednej strony do celu mieliśmy już raczej nie tak daleko, a z drugiej – rozumiałem znużenie i wysiłek dotychczasowego marszu. Krajobrazy nie były tak szałowe, a droga na tyle urozmaicona, by rekompensować przedzieranie się przez niezbyt przyjemne tereny. Szymon także od czasu do czasu dawał znać, że nie jest to jego bajka, jak ta przygotowana dla kozic na podejściu pod Łysicę.

Ruszyliśmy więc zdobywać Górę Wymyśloną i tutaj włączyła się dzieciom turbina. Starszaki parły ostro pod górę (fakt, zapominając o wyszukiwaniu oznaczeń i wracając raz po raz), Szymon też zyskał nowe siły, bo w końcu było wyzwania (ostre podejście), a wszystkim pomagały znajdowane dosyć często leśne smakołyki w postaci malin, jeżyn, a także śladowych ilości jagód.

Wreszcie doszliśmy do jakichś skał, na których po raz pierwszy od wielu dziesiątek minut mogliśmy zobaczyć legalne oznaczenie czerwonego szlaku, ale przy braku jakichkolwiek symboli szczytu i przy słabej widoczności spowodowanej sporą ilością drzew, ruszyliśmy przed siebie w celu zdobycia wymyślonej. Po paru minutach marszu, który zdecydowanie sprawiał wrażenie schodzenia, doszliśmy do wniosku, że te kamienie to był właśnie szczyt Wymyślonej. Nieźle to sobie ktoś… wymyślił. Wspomagani malinami i jagodami przedzieraliśmy się przez coraz trudniejsze zarośla by wreszcie dojść do przełęczy oddzielającej Wymyśloną od Radostowej. Tutaj musieliśmy podjąć decyzję, czy przełęczą ruszamy w bok, by osiągnąć którąś z cywilizowanych lokalnych dróg i wybrać się na zaplanowaną pizzę, czy jednak pokusić się o zdobycie Radostowej, której widok przed nami naprawdę był piękny. Podejście polną drogą, wolną od zarośli prawie do samego szczytu, a do tego bardzo ambitne (strome) nawet dzieciom wydało się niezłą gratką i na pytanie “co robimy?” wszystkie zakrzyknęły “na górę!” pomimo życzenia powrotu do domu wyrażonego niewiele wcześniej.

Tutaj jednak musieliśmy ponownie podjąć decyzję o kierunku ruszenia z krzyżówki, no i niestety źle odczytaliśmy znaki na ziemi. Po kilkuset metrach wędrówki uznaliśmy, że wybrana droga sprowadzi nas do wsi, a nie zawiedzie na górę i postanowiliśmy zawrócić. Złożyło się całkiem dobrze, bo i pogoda zaczęła się psuć i odległe szczyty zaczęły kryć się w chmurach oraz oddzielać się od nas ścianą deszczu. Przyszedł czas na podjęcie męskiej, odważnej decyzji o kapitulacji, szczególnie, że prowiantu (prócz dużej ilości płynów, których wzięliśmy z dużym zapasem) od czasu ostatniego popasu wcale nam nie przybyło. Ruszyliśmy więc w dół w stronę Krajna Zagórza i w tym samym kierunku udał się z nami deszcze. Najpierw nieśmiały, w końcu rozochocił się mocno by zlać nam tyłki.  W momencie dotarcia na asfalt mieliśmy już przemoczone to, czego nie kryły przeciwdeszczowe kurtki (czyli szorty, leginsy) i powoli woda zaczynała nasączać buty, dostając się tam po gołych łydkach. Przyznać jednak trzeba, że kurtki z Decathlonu spełniły swoją rolę i pozwalały utrzymać suchy oraz ciepły korpus.

Droga w deszczu do łatwych i przyjemnych nie należy, a mimo tego dzieciaki nie poddawały się. Wszyscy parliśmy w nadziei na rychłe dotarcie do Sabatu na obiecaną pizzę i deser (który w planie pojawił się jako któryś z kolei motywator). Niestety wizja oczekiwania na obiad w tak przemoczonych ciuchach i wychłodzeniu nie wydała mi się najlepsza – postanowiliśmy się rozdzielić. To znaczy Magda miała utrzymać dzieci w ruchu na drodze do Sabatu, a ja miałem puścić się naprzód oraz – o czym pamiętałem – ostro w górę by odebrać auto, przyjechać po rodzinę, skoczyć do domu na suszenie i przebranie, a dopiero potem na obiad.

Tu zaczął się mój osobisty hardcore. Po pierwsze pokpiłem sprawę mojej kurtki, bo zamiast zabrać typowo membranową, miałem ze sobą tylko jakiś worek PCV ze względu na jego niską wagę. Sprawdzał się do czasu i w sumie nawet nie potrafię przywołać w pamięci kiedy sprawdzać się przestał 🙂 To znaczy przede wszystkim płynęło po nim na spodnie, które chłonęły wodę jak gąbka, a poza tym przez rozpięty (dla chłodzenia) kołnierz woda lała się do środka. Wyzwanie było sportowe, bo postanowiłem ten dystans przebiec. Nie wyszło to do końca, bo pojawiające się co chwilę podbiegi dosyć szybko mnie złamały. Łączyłem więc bieg z marszem, by starczyło w ogóle sił na dotarcie do celu – dawno nie biegałem w ogóle i kondycja (oraz waga) nie ta. Podbieg z Krajno Zagórze do Krajna Pierwszego polecam najtwardszym zawodnikom – szczególnie takim, których psychice nie przeszkadzają ostrzegawcze znaki o wjeżdżaniu zimą na tę drogę tylko w łańcuchach. Rzadko widuję ten znak i jakoś otuchy mi nie dodał. Mniejsza o to, do auta udało się w końcu dotrzeć i zabrać rodzinę do domu.

Potem było już “z górki”. Po pierwsze pyszna pizza z pieca opalanego drewnem, którą reklamować będę do końca mych dni. Po drugie prześwietne grzane wino. A po trzecie deser w postaci szarlotki, którym musieliśmy się podzielić ze sobą, bo ciasto “wyszło” i zostały tylko dwie porcje 🙂 Założyliśmy, że skoro biesiadę kończymy po 18 i wracamy do domu, to czeka nas oporządzenie dzieci i wysłanie ich spać. Niestety kategorycznie zażądali od nas kolacji, a takiemu żądaniu odmówić nie sposób, szczególnie przy świadomości wysiłki włożonego w przebycie kolejnych kilometrów.

Ta dzisiejsza wyprawa wiele mnie nauczyła. Po pierwsze – zlekceważyłem góry i nie zabrałem niezbędnego ekwipunku w postaci wszystkich potrzebnych ciuchów. Całkowicie ciała nie daliśmy, bo ciepłe bluzy, kurtki mieliśmy. Natomiast brak spodni był niemal walkowerem oddanym górom.  Po drugie – brak wystarczającego prowiantu, termosu z gorącymi napojami. Kto by to brał ze sobą, wychodząc na niewinny spacerek w góry przy patelni na niebie? No więc moja drobna uwaga – z trójką dzieci wyprawa w góry staje się czymś zupełnie innym. Odmienne są nie tylko potrzeby personelu, ale także tempo wędrówki, co czyni “często zmieniającą się pogodę w górach” jeszcze “częściej zmieniającą się pogodą w górach”.

Kolejna nauka jest dla mnie pozytywna. Wybranie się w góry z Żoną niosącą kolejnego potomka (sceptycznie nastawioną w ogóle do tego sportu) oraz trójką dzieci “po tej stronie brzucha” wymaga wspięcia się na szczyty umiejętności przewodzenia stadu (tzw. team-leading), by utrzymać odpowiednie morale i wykonać założony plan. Nie można przecież, jak w grze komputerowej, wrócić do punktu wyjścia. Nie można również samemu się poddać, zdezerterować albo – językiem korporacyjnym – eskalować do przełożonego z prośbą o interwencję. Jedyne co można to umiejętnie balansować pomiędzy wydawaniem poleceń okazywaniem troski i zrozumienia, motywowaniem przy jednoczesnym wczesnym gaszeniu pożarów – zalążków buntu / samowoli. W tym wszystkim należy być wyrozumiałym, kochającym ojcem, a jednocześnie konsekwentnym liderem, który dodaje otuchy i upewnia stado, że nie wiedzie ich na zatracenie, tylko bezpiecznie do zaplanowanego celu. Najgorzej, gdy własne serce staje już po tej drugiej, potrzebującej pomocy stronie i wszystkie te niezbędne “sztuczki” trzeba uruchomić wobec siebie. Jest  to może o tyle łatwiejsze, że od jakości wykonania tej roboty zależy zdrowie i samopoczucie osób, które kocham. To naprawdę silny bodziec do wysiłku.

Kończąc ten dzień, cieszę się nie tylko ze zdobytych nauk, ale przede wszystkim z fajnego czasu spędzonego z najbliższymi, doświadczeń zdobytych przez wszystkich oraz umacniania w nich wiary, że trudne rzeczy są po prostu (i tylko) trudne, ale nie niewykonalne.

Tak, to również był dobry dzień 🙂

Dodaj komentarz