A taki to sobie urządziłyśmy z Sarą damski wypad 🙂 W celu zacieśnienia więzi między mamą a córeczką i w celu nadrobienia obiecanych niegdyś wspólnych dni tylko we dwie. Od początku nie obyło się bez przygód – na stacji Warszawa Wschodnia czekałyśmy 165 minut na pociąg, który się opóźniał, a opóźnienie rosło i rosło. Plus był taki, że mnóstwo osób zrezygnowało z tego pociągu i skład był prawie pusty 🙂 W samym Krakowie również czekała nas niespodzianka. Tym razem pogodowa. Lało jak z cebra. W ciągu trzech minut spaceru przemokłyśmy maksymalnie. Piątkowy wieczór nie nadawał się więc na zwiedzanie. W sobotę – widząc za oknem, że pogoda może przynieść powtórkę z wczorajszej rozrywki – zabezpieczyłyśmy się w nieprzemakalne ubrania, górskie buty i ruszyłyśmy na podbój świata. Najpierw Wieliczka. Tu na całe szczęście, miałyśmy dokonaną rezerwację (przez internet) na zwiedzanie kopalni przygotowane specjalnie dla dzieci. Uniknęłyśmy dzięki temu stania w naprawdę długich kolejkach do kas oraz nie trafił nam się żaden z drętwych przewodników 🙂 Wyprawa miała tytuł “Odkrywanie Solilandii”. Sceptycznie do niej podchodziłam, a wyszłam po 3 godzinach ubawiona po pachy i zachwycona tym, co zobaczyłam. Pan przewodnik był bardzo fajny i miał świetne podejście do dzieci. Soliludek, który pomagał Mu oprowadzać dzieci, był gościem tak śmiesznym i błyskotliwym, że z Jego (co chwila opowiadanych) dowcipów, ubaw miałam większy, niż podczas oglądania Shreka. Całość zwieńczona odkryciem baśniowej krainy, otrzymaniem drobnych upominków i radości wszystkich dzieci i rodziców. Brawo Wieliczka 🙂 Po powrocie do Krakowa zjadłyśmy szybki obiad i pojechałyśmy do Łagiewnik. Miejsce wyjątkowe i szczególne dla mnie. Byłam wzruszona mogąc być tam z Sarą, modląc się w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia, oglądając celę św. Faustyny i klęcząc przed cudownym obrazem i relikwiami Świętej. Trudno to opisać, bo pamiątki z tej wizyty są wypisane bardziej w sercu niż w głowie. Kiedy wróciłyśmy do Krakowa, poszwędałyśmy się do późnego wieczora po Starym Mieście i padnięte wróciłyśmy do mieszkanka. I ostatni dzień – niedziela – rozpoczęła się późnym wstaniem, Eucharystią w Kościele Piotra i Pawła, i spacerowaniem po upalnym już Krakowie. Byłyśmy w jamie smoka wawelskiego, chodziłyśmy nad Wisłą i skusiłyśmy się na rejs gondolką po rzece. Na koniec kupowanie pamiątek, obiad i karmienie gołębi. Potem to juz tylko pociąg do Warszawy, potem do Józefowa i autem z niezastąpionym Szoferem (czyt. Adminem tej strony) do domku na przesmaczną i przepiękną tartę w wykonaniu powyższego Niezastąpionego, specjalnie na nasz przyjazd przygotowaną.
Życzę każdej mamie takiego weekendu z Córką – chociaż raz na jakiś czas 🙂
Fotorelacja oczywiście tam gdzie zawsze: GALERIA LIPCOWA 🙂