Rocket Festiwal

Dzisiejszy dzień przyniósł mi długo oczekiwaną i upragnioną radość – przede wszystkim koncert Luxtorpedy, ale również obecność na nim razem z moją niezastąpioną Małżonką. Kiedyś Tomasz Żółtko śpiewał w swojej, chyba jedynej znanej szeroko, piosence o gorszeniu dewotów i myślę sobie, że nasz udział w Wielkim Poście w takiej rockowej imprezie może budzić żywe emocje i skojarzenia. Przemyśleliśmy i byliśmy szczęśliwi i spokojni, idąc tam, z przeciwnikami tego gestu mogę dyskutować, ale twarzą w twarz, a nie wirtualnie. Dodam tylko, że plan przeróżnych, bardziej lub mniej hardcore’owych postanowień wielkopostnych tak indywidualnych jak i ogólnorodzinnych wdrożyliśmy w życie, przynosi on pierwsze owoce i prócz oczywistego wysiłku daje sporo satysfakcji i przybliża nas do prawdy o zmartwychwstaniu, a więc Al…. wróć!… Chwała Tobie Słowo Boże i do przodu! Aha! Dzieci przed naszym wyjściem dopytywały dokąd idziemy. Powiedziałem wprost, że na koncert między innymi Luxów i Comy. Przyjęło to bez wyraźnego smutku (mimo, że Luxów uwielbiają i mają na koncie jeden ich koncert), a Dawid na wspomnienie Comy pognał do stojaka z płytami, wybrał “Hipertrofię” i ogłosił, że w takim razie on sobie posłucha ich w domu 🙂

Wracając do wątku głównego – radość podwójna, bo na koncert wraz z Żoną 🙂 Nie nastawialiśmy się na udział w RF od samego początku, ale plan wstępny był “zdążyć na Happysad”. Trochę nam się obślizgnęło, ale w połowie byliśmy już w hali Torwaru. Efekt wizualny – mizerny. Tak wielka przestrzeń na taki koncert, trochę wieje pustką. Muzycy jednak nadrobili i szybko udało się złapać z nimi muzyczne porozumienie. Wypadli świetnie (pierwszy raz widziani przez nas na żywo) i bawiliśmy się doskonale.

Luxtorpeda, jak zwykle, nie zawiodła. Co prawda dopadła mnie jedna myśl dotycząca wokalu Hansa. Czy coś poszło nie tak z ustawieniem efektów i natężenia głosu? A może zachorzał biedaczek? Inny wariant to taki, że poczynił z kimś zakład o grubą kasę, którą w razie wygranej przekaże na szczytny cel! No bo przecież niemożliwe, żeby sam z siebie brzmiał tak “gejowsko” jak bojsbandowcy z lat 90-tych 🙂 A tak miejscami było. Generalnie jednak repertuar, muzyka i wokal Litzy – pierwsza klasa. Nie obyło się również bez stosownego przekazu (komentarze, lub jak ktoś “z branży” to czyta to napiszę “wprowadzenia”) i serca (apel o pomoc dla chłopca, którego ojciec na terenie Torwaru prowadził dziś zbiórkę), które Dziadek Litza okazuje często chętnie i publicznie.

Potem zagrał Hey, którego repertuaru od lat już nie śledzę. Było “na bogato” zarówno muzycznie jak i wizualnie. Bez szału, ale przyjemnie. Dopiero ostatnie utwory to była klasyka z pierwszych dwóch płyt i publiczność oszalała, a ja znalazłem się w swoim klimacie.

Na koniec została Coma, po której niestety obiecywałem sobie wiele i byłem bardzo wygłodniały posłuchania ich na żywo. Tu faktycznie na scenie działo się najwięcej – Roguc biegał, szalał, skakał, światła biły po oczach, głośniki wyrywały się z kolumn, ale utwory znane z nagrań studyjnych rozpoznawałem dopiero w połowie. Nie wiem czy nawaliło nagłośnienie, czy aranż, czy dykcja wokalisty czy może po prostu “za bardzo się rozbujał na backstage’u” (właśnie zobaczyłem, że w slangu to słowo ma inne znaczenie niż podejrzewałem i okazuje się, że jest ono po linii moich przypuszczeń). Grunt, że ja – ich codzienny słuchacz, nie zdzierżyłem. Całkiem możliwe, że gdybym był w centrum kociołka pod sceną, zwisałoby mi to, ważne by było mocno, głośno i w miarę rytmicznie. Nastawiając się jednak również na słuchanie, zostałem zdruzgotany. W odruchu litości do siebie i własnej Małżonki, postanowiłem o opuszczeniu lokalu. Myślę, że gdyby Coma była podstawowym motywatorem do pójścia na Rocket Festiwal, to zgłosiłbym reklamację i domagał się zwrotu za bilet 🙂 Jeśli Coma tak ma na każdym koncercie, to proszę o sprostowanie. Przestanę wówczas wieszać psy na nich i uznam całą sytuację za nieporozumienie wynikające z mojego niedoinformowania 🙂

Co do organizacji, to cóż, zdaje się, że dawno nie byliśmy na tzw. rockowym koncercie i minęło od tego czasu kilka epok. Nie dość, że na wejściu kontrola osobista jak na lotnisku i konieczność…. uwaga… zostawienia przy drzwiach półlitrowej butelki z wodą! Ktoś coś mówił o paranojach? No dobra, trochę obaliliśmy napoju przy wejściu i w ten sposób wnieśliśmy trotyl i inne nitrogliceryny w swoich nerkach 🙂 Potem na miejscu okazało się, że są czyste WCty i nawet szatnia (!). Ostro idziemy do przodu. Podejrzewam, że cała płyta obserwowana była w podczerwieni przez ochronę na wypadek jakichś incydentów – ot miłość, muzyka i wolność 🙂

Ciasto na niedzielę upieczone, więc nie pozostaje mi nic innego jak zakończyć nadawanie i życzyć szanownym czytelnikom dobrej, błogosławionej niedzieli i owocnych przygotowań do Paschy przez ten okres Wielkiego Postu.

Dodaj komentarz