Dzisiejszy dzień przynosi pewien przełom w mojej motocyklowej karierze. Otóż swoje umiejętności jeździeckie potwierdziłem dzisiaj przed egzaminatorem Warszawskiego Ośrodka Ruchu Drogowego. Co ważne – z wynikiem pozytywnym.

Cieszę się, że za sobą mam już ten stres oraz czas słodkiej jazdy na nielegalu. Zwłaszcza, że w tej słodyczy znalazła się również łyżka dziegciu w postaci mandatu, jakim zostałem obdarowany na 3 dni przed egzaminem, przy okazji rutynowej kontroli drogowej. Pocieszam się przy tym, że ogólne statystyki mandatów zostały mocno zaburzone chociaż średnio i tak nie wypadają źle, bo jest to pierwszy mandat w 15-letniej karierze “kierowniczej”.

Nielegal i mandat odchodzą w przeszłość, a tymczasem słów kilka o samym egzaminie. Trzyosobowej grupie adeptów motocyklowych wojaży trafił się dziś bardzo dobrze nastawiony, uprzejmy i kulturalny egzaminator. Słysząc historie o karygodnym zachowaniu egzaminatorów, spodziewałem się najgorszego i dzięki takiemu nastawieniu, przeżyłem same pozytywne “rozczarowania”. Po pierwsze – było bardzo kulturalnie. Po drugie – wszystkie polecenia klarownie przekazane, ze spokojem i cierpliwością. Jedną z rzeczy, o które myślałem, że będę musiał walczyć, to objechanie motocykla wokół placu. No i znów zaskoczenie, egzaminator sam zaproponował, żeby po przejściu pytań obsługowych i przygotowaniu motocykla do jazdy, zrobić sobie kółeczko wokół placu w celu oswojenia się z maszyną. Oczywiście objazd ten nie podlega ocenie, więc można bez stresu sprawdzić podczas tego przejazdu zachowanie sprzęgła, gazu i hamulców bez wiszącej nad głową groźby porażki.
Egzaminatorów również nie czepiał się słówek, nie dociskał do ściany przy pytaniach obsługowych, zadowalał się potwierdzeniem tego, że oceniany wie o czym mówi. Stres zaczął się kiedy trzeba było zmierzyć się z placem manewrowym – okazało się, że motor był już dobrze rozgrzany i do tego ustawiony na b. niskie obroty – około 1krpm. Wjeżdżając na pierwszym biegu na ósemkę poczułem, że może być cienko, ale postanowiłem nie poddawać się. Przy tym nie miałem odwagi na pierwszym biegu manipulować gazem, więc leciałem na obrotach biegu jałowego. Okazało się to niestety błędem i zakończyło podparciem. W drugim podejściu przeszedłem chłodno do planu B i najechałem na ósemkę ze znacznie większą prędkością na biegu drugim, przygotowany na opanowywanie motoru za pomocą gazu, sprzęgła i hamulca. Okazało się, że godziny praktyki jazdy na ósemce w ten właśnie sposób nie poszły na marne, mimo, że moim instruktorem musiałem walczyć o to. Twierdzi, że “jedyneczka bez gazu” to wszystko, czego na egzaminie potrzebuję. Wyjazd na miasto był już formalnością i nawet “sterowanie głosem” okazało się na tyle bezinwazyjne, że jechało się całkiem komfortowo, bez zbędnego stresu i w efekcie szczęśliwie egzamin został zakończony wjazdem na jednośladzie do ośrodka egzaminacyjnego.

Osobny wpis poświęcę kursowi jazdy i szkole, która przygotowywała mnie do egzaminu. Oczywiste jest, że gdybym trzymał się tego, czego mnie nauczyli (a nauczyli błędnie) to nie miałbym najmniejszych szans na zdanie egzaminu i zapewne musiałbym zasilić kasę tej (lub innej) szkoły opłatami za jazdy doszkalające. Ze względu jednak na to, że dziś świętuję egzamin zdany, a nie obchodzę żałobę, nie będę psuł tego wpisu krytykowaniem szkoły. Muszę to jednak zrobić w osobnym wpisie za kilka dni.

Do przeczytania i – oczywiście – zobaczenia na drodze. Lewa w górę!